Ausland 2

Pisałem już gdzieś o tym oraz, co więcej, jak to teraz dokładniej opiszę, to pewnie też się tam pojawi. Sprawdzę to.
Dziewczyna weszła spóźniona do sali ze zbyt dużym papierowym kubkiem zapewne niedobrej kawy ze stój-kawiarni, jak to mówią Niemcy. Za nią wszedł PIES. „Cóż to za PIES”, pomyślał każdy kto go dostrzegł. Z pewnością dostrzegła go pani juniorprofessor, mówiąca w tym momencie o doniosłości filmoznawczych tez Kracauera. Zwierzę o ładnej kremowej maści i mądrych oczach posłusznie podążyło za swoją panią, oboje zajęli miejsca w pierwszym rzędzie, dokładnie naprzeciw ambony kontynuującej dzielnie swoją wypowiedź pani docent. Ich, to znaczy psa i referentki, spojrzenia musiały się spotkać przynajmniej dwa razy, na taką obserwację pozwalał mi mój punkt widzenia. To musiało być coś znacznie więcej niż spotkanie oko w oko z krową, które zdarzało się polskim emigrantom w Argentynie. To była wymiana spojrzeń między Nauką a Naturą. Niemiecka partia Zielonych byłaby wniebowzięta. PIES w pozycji ‚siad!’ wysłuchał do końca wykładu o ocaleniu fizycznej realności, z krótką przerwą na obwąchanie butów sąsiadów z pierwszego rzędu. Bezwzględnie wykonał swój instynktowny obowiązek w miejscu, w którym instynkt jest zdecydowanie verboten. Na koniec, w trakcie pokazu fragmentu filmu, PIES przyległ do podłogi, a jego pani rozkosznie głaskała go po karku. Z chwilą zakończenia wykładu nastąpił typowy dla wszelkich zgromadzeń chaos masowego wychodzenia, na moment wszyscy stali się modną posthumanistyczną masą gdzie PIES to też człowiek. Cieć opiekujący się salą wyprosił mnie jako ostatniego wychodzącego.

Reklamy

Nikt nie wierzy Michałowi

– Dź-dobry kontrola drogowa młodszy posterunkowy Michał Niedźwiedź proszę dokumenty – wyrecytował Michał do kierowcy zatrzymanego samochodu marki Opel.

– Mam w bagażniku – odparł wąsaty pan za kierownicą.

– Co pan, jak w bagażniku… No to niech pan je stamtąd wyciągnie.

Wąsaty pan wysiadł z samochodu, nagle PUF! Zmienił się w jeża i spierdolił do lasu. Michał zdębiał. Kiedy doszedł do siebie zgłosił zaistniałą sytuację do starszego posterunkowego.

-Michał Niedźwiedź HPU-2232, kierowca zmienił się w jeża i spierdolił do lasu. Odbiór.

-Niedźwiedź, weź idź w ogóle. Żarty ci w głowie. Bez odbioru.

Michał posmutniał i usiadł w radiowozie. Zadzwonił do mamy.

-Mamo, kierowca, co to go zatrzymałem, zamienił się w jeża i spierdolił do lasu.

-Tak tak, synu, oczywiście kochanie. Zupę masz w lodówce jak wrócisz w tym garnku czerwonym.

Młodszy posterunkowy zapłakał rzewnie . Wysiadł z samochodu, zmienił się w jeża i spierdolił do lasu.

W poczekalni

Gdyby Leon mógł znaleźć sobie lepsze miejsce do spania, pewnie nie zdecydowałby się pozostać w tym miejscu. Ale Leon nie myślał zbyt wiele, potrzebował snu. Kiedy jednak wszedł do poczekalni dworcowej, wiedział już, że ostatnim czego tu zazna, będzie sen.

Mimo to zdecydował się pozostać. Poczekalnia była pusta. Jedynym ruchomym obiektem w całym pustym pomieszczeniu był zegar. Zegar odmierzał czas, jak wszystkie zegary. Ten zegar był jednak nietypowy – odmierzał każdą możliwą jednostkę czasu, jaką tylko dało się odmierzyć. Każdą najmniejszą cząstkę czasu.

Wskazówek było nieskończenie wiele – Leon wszak wiedział, że czas nie może nie być ciągły. Kwanty czasu, absurdalny pomysł XX wieku, już dawno został wrzucony do lamusa. Każdy przecież wie, że czas to pieniądz. Gdyby czasu nie dało się zmierzyć co do nieskończonego miejsca po przecinku, to samo tyczyłoby się pieniędzy.

Leon nie zasnął, zbyt był zajęty liczeniem każdej upływającej chwili.

Dym i grubas

Siedzę w speluniastej kawiarni w centrum czekając na seminarium magisterskie, które mam za 4 godziny. Siedzę tu, bo można palić i jest internet.

Rozwaliłem się na kanapie i wypiłem już kawę za 4 zł. W popielniczce leżą zwłoki 3 papierosów marki Sobieski Premium (kupiłem je, bo się rymowały. „Sobieskie niebieskie”).

3 minuty temu przyszedł jakiś gruby koleś, zamówił Tyskie i usiadł mamrocząc coś do siebie.  Opieprzył już połowę browara. Nie ma nawet 11:00, cholera jasna.

Kolejni klienci – 4 studentów. Weszli, spojrzeli na mnie (rozwalonego na kanapie kolesia z laptopem), oraz na tego grubasa w kurtce (cały czas coś mamroczącego do siebie) i wyszli, chyba razem z kolegą grubasem tworzymy tutaj średnio przyjazną atmosferę.

Zmarnowałem 12 sekund tego wpisu na zaciągnięcie się papierosem i rozejrzenie po sali. Nic się nie zmieniło poza tym, że grubas przestał mamrotać. Jest teraz wyciszony, pogodzony. Zostały mu ostatnie 3-4 łyki Tyskacza.

2396950000000000$

Czy to dużo, czy mało pieniędzy? Podobno tyle wytworzyli ludzie przez cały swój pobyt na Ziemi. Wytworzyli, wymyślili, wyspekulowali – whatever.

Wydaje się, że mało. Jak to, ludzie, tylko tyle?! Wszystkie budynki, cuda techniki, wahadłowce latające w kosmos, tysiące lat zbrojeń, jedzenia itp.

Na jedną (żyjącą) osobę wypadałoby jakieś 30mln$. Oczywiście gdyby taki podział miał jakikolwiek, najmniejszy choćby sens. Bo nie ma. Nie ma możliwości, żeby nagle 7 miliardów ludzi zdecydowało „Stop! Nie rozwijamy się dalej, zatrzymujemy się, spieniężamy wszystko i wreszcie korzystamy”.

Drugi powód, dla którego takiej możliwości nie ma – te pieniądze nie istnieją. Nie ma żadnych dolarów, za które nie można kupić żadnych BigMaców. Wszyscy żyjemy w wielkim ekonomicznym kłamstwie, z którego nie ma realnej ucieczki.

Więc cieszmy się, bo każdy z nas przez 200 tysięcy lat trwania homo sapiens sapiens zarobił po 30 milionów zielonych, z których nie może wydać nawet jednego dolara. Bo każdy z nich jest inwestowany w robienie dalszych.

Większego absurdu w sześć minut chyba nie się napisać.

Złudzenie optyczne 93

Kiedy stałem na górczyńskiej pętli, coś rozbłysnęło na niebie, aż zmróżyłem oczy. Przez zamknięte powieki trudno mi było ocenić, czy to spadająca gwiazda, czy meteoryt. Kiedy je rozwarłem, świat się całkiem zmienił. Widzę jeden autobus, potem drugi, trzeci, ósmy. Wszystkie z numerem 93, jadą na osiedle Sobieskiego. Odjeżdżają z przystanku co 3 minuty. Nikt nie czeka. Nikt nie marznie. Łańcuch autobusów 93 czyni komunikację doskonałą. Wszystko płynie.

Autobusy bawią się w wesołe kółko. Jeżdżą dookoła. Kiedy tylko zobaczą jakiegoś pasażera, natychmiast podjeżdżają. Nikt nie czeka. Czasem zdarza się, że mogą się dogonić, albo wyprzedzić. Wszystko zależy od sprawności kierowcy.

Pasażerowie też jacyś inni. Mili, uprzejmi, uśmiechnięci. Nic nie mówią, nie pchają się, nie śmierdzą. Nie istnieją.

Kierowcy są jak z bajki. Nie palą papierosów, nie puszczają muzyki. Kiedy patrzę do kabiny, widzę najnowszego robota sterującego Ekspresowy Transport 300. Podobno kolejny model będzie zawierał automat z batonami.

Nie ma korków. Autobusy jadą doskonale. Światło zawsze jest zielone (te kolory chyba się przyciągają). Kierowcy ustępują pierwszeństwa. Zjeżdżają na bok, nie wpychają się. Czasem któryś w ogóle zjedzie, wysiada na poboczu i odbiera sobie życie strzałem w głowę. Zero chamstwa.

Jestem na miejscu 5 minut przed czasem. Z ciężkim sercem opuszczam przystanek. Z moich oczu znika korowód szczęścia.

Ausland

A zatem pojechałem. Pojechałem na koncert do modnej dzielnicy, zjadłszy wcześniej falafel u dadaistów. Szedłem długo, podziwiając wystawy bez sklepów i sklepy bez towaru. W klubie muzyka raczej brzydka. A dokładniej: najpierw średnie chłopaki grali ładnie brzydką muzykę, potem trochę lepsza dziewczyna brzydko grała ładne piosenki, a na koniec para dziewcząt osiągnęła szczyt – brzydko grała brzydkie utwory. Piersi tych pań były za duże względem ich wzrostu, niebezpiecznie zlewały się z nieodpowiednimi dla nich instrumentami. Te drobne kobietki mały też wielkie stopy, nosiły męskie trzewiki i stukały obcasami, wyjąc zbyt podobnie do Jeffa Buckley’a. Niemcy oczywiście klaskali miarowo. Wypiłem dwa dżiny i pomyślałem, że może jednak brzydki + brzydki + brzydki równa się ładny. Wyszedłem, przesiadłem się na Westhafen i wróciłem do domu.

Ksiądz, co to króliki sprzedawał

Ta historia zaczyna się zupełnie zwyczajnie.

Wracałem z imprezy, lekko już trzeźwiejący. Wydawało mi się, że mój taneczny krok czyni ze mnie Travoltę (z tej sceny z Gorączki sobotniej nocy), ale prawdopodobnie wyglądałem jak podstarzały goryl z niedowładem połowy ciała.

-Psst! – usłyszałem z bramy.

– Co, kurwa? – w ramach profilaktyki zawadiacko zamanifestowałem moją gotowość do ewentualnej konfrontacji.

– Kup królika, synu, tanio. Młode i grzeczne. – powiedziała tajemnicza osoba. W tym momencie strumień światła z przejeżdżającego Golfa III rozjaśnił wszystko. Tajemniczy jegomość to ksiądz wikary z mojej parafii. Pierwszej Komunii mi udzielał.

– No dobra, to ksiądz da jednego…

Kupiłem, bo to ksiądz w końcu. Przecież by mnie nie oszukał.

Otagowane ,

Kanapka

Nie ma sytuacji tak zawiłych, żeby nie można było z nich wyjść.

Wczoraj rano postanowiłem zjeść kanapkę. Zwykła codzienna czynność, która nigdy nie sprawiała mi większych problemów. Nic więc nie zapowiadało armagedonu, który lada moment miał się rozpętać.

Jak już mówiłem, obudziłem się, chciałem coś zjeść i zdecydowałem, że będzie to kanapka. Spałem bardzo długo, więc kiedy się obudziłem, byłem już konkretnie głodny, a musiałem przecież jeszcze sprawdzić maila, subskrypcje, przejrzeć poranną prasę i oczywiście wykąpać się, żeby nie jeść śniadania tak „na brudasa”.

No i wtedy postanowiłem zjeść kanapkę. Właściwie to kanapki jadam rzadko, wolę inne potrawy na śniadanie. Najczęściej bułki, które rozróżniam od kanapek, ze względu na ich przestrzenną specyfikę. Albo jajecznicę, omlet, jako na miękko, czasem na twardo a czasem sadzone, albo parówkę. Zawsze herbatę. No ale kanapki bardzo rzadko.

Czyli to już ustaliliśmy – zdecydowałem się na kanapkę. Wydawałoby się, że to wybór jak każdy inny, nie lepszy nie gorszy. No i sięgnąłem po chleb, po ser i pomidor, jeszcze majonez. I wtedy skończył się świat, naprawdę był armagedon. Nie żartuję.

Więc chyba jednak są takie sytuacje, z których nie da się wyjść w ogóle.

Nie jestem zmywarką

Wracam do domu, 16:30, półtorej godziny w autobusie spędziłam, bo jakiś debil wjechał na tory na moście Rocha.

Już na wejściu mąż przywitał mnie barytonowym beknięciem. Dwa dni temu wywalili go z fabryki kotłów gazowych i rano dostał równowartość trzech pensji, co postanowił celebrować opiciem się Żubrami.

Ugotowałam ziemniaki, zrobiłam schabowego. Obżarł się mąż, obżarła się córka i synek i poszli spać zostawiając mnie z górą naczyń.

Po czterech godzinach zmywania cały czas przede mną piętrzył się przede mną stos talerzy, szklanek, grill i brytfanna. Córeczka przyszła do mnie i poprosiła mnie, żebym jej poczytała.

-Nie mam czasu – mówię. A ona w płacz.

Zmywam kolejną godzinę, mówię do siebie, że pierdolę, że jestem kobietą, nie zmywarką. Rzuciłam gąbkę na ziemię i poszłam czytać bajkę dziecku.

_______

Dzisiejsze 6 minut sponsorował Calgonit i Bosch.