Category Archives: koniec świata

2396950000000000$

Czy to dużo, czy mało pieniędzy? Podobno tyle wytworzyli ludzie przez cały swój pobyt na Ziemi. Wytworzyli, wymyślili, wyspekulowali – whatever.

Wydaje się, że mało. Jak to, ludzie, tylko tyle?! Wszystkie budynki, cuda techniki, wahadłowce latające w kosmos, tysiące lat zbrojeń, jedzenia itp.

Na jedną (żyjącą) osobę wypadałoby jakieś 30mln$. Oczywiście gdyby taki podział miał jakikolwiek, najmniejszy choćby sens. Bo nie ma. Nie ma możliwości, żeby nagle 7 miliardów ludzi zdecydowało „Stop! Nie rozwijamy się dalej, zatrzymujemy się, spieniężamy wszystko i wreszcie korzystamy”.

Drugi powód, dla którego takiej możliwości nie ma – te pieniądze nie istnieją. Nie ma żadnych dolarów, za które nie można kupić żadnych BigMaców. Wszyscy żyjemy w wielkim ekonomicznym kłamstwie, z którego nie ma realnej ucieczki.

Więc cieszmy się, bo każdy z nas przez 200 tysięcy lat trwania homo sapiens sapiens zarobił po 30 milionów zielonych, z których nie może wydać nawet jednego dolara. Bo każdy z nich jest inwestowany w robienie dalszych.

Większego absurdu w sześć minut chyba nie się napisać.

Złudzenie optyczne 93

Kiedy stałem na górczyńskiej pętli, coś rozbłysnęło na niebie, aż zmróżyłem oczy. Przez zamknięte powieki trudno mi było ocenić, czy to spadająca gwiazda, czy meteoryt. Kiedy je rozwarłem, świat się całkiem zmienił. Widzę jeden autobus, potem drugi, trzeci, ósmy. Wszystkie z numerem 93, jadą na osiedle Sobieskiego. Odjeżdżają z przystanku co 3 minuty. Nikt nie czeka. Nikt nie marznie. Łańcuch autobusów 93 czyni komunikację doskonałą. Wszystko płynie.

Autobusy bawią się w wesołe kółko. Jeżdżą dookoła. Kiedy tylko zobaczą jakiegoś pasażera, natychmiast podjeżdżają. Nikt nie czeka. Czasem zdarza się, że mogą się dogonić, albo wyprzedzić. Wszystko zależy od sprawności kierowcy.

Pasażerowie też jacyś inni. Mili, uprzejmi, uśmiechnięci. Nic nie mówią, nie pchają się, nie śmierdzą. Nie istnieją.

Kierowcy są jak z bajki. Nie palą papierosów, nie puszczają muzyki. Kiedy patrzę do kabiny, widzę najnowszego robota sterującego Ekspresowy Transport 300. Podobno kolejny model będzie zawierał automat z batonami.

Nie ma korków. Autobusy jadą doskonale. Światło zawsze jest zielone (te kolory chyba się przyciągają). Kierowcy ustępują pierwszeństwa. Zjeżdżają na bok, nie wpychają się. Czasem któryś w ogóle zjedzie, wysiada na poboczu i odbiera sobie życie strzałem w głowę. Zero chamstwa.

Jestem na miejscu 5 minut przed czasem. Z ciężkim sercem opuszczam przystanek. Z moich oczu znika korowód szczęścia.

Kanapka

Nie ma sytuacji tak zawiłych, żeby nie można było z nich wyjść.

Wczoraj rano postanowiłem zjeść kanapkę. Zwykła codzienna czynność, która nigdy nie sprawiała mi większych problemów. Nic więc nie zapowiadało armagedonu, który lada moment miał się rozpętać.

Jak już mówiłem, obudziłem się, chciałem coś zjeść i zdecydowałem, że będzie to kanapka. Spałem bardzo długo, więc kiedy się obudziłem, byłem już konkretnie głodny, a musiałem przecież jeszcze sprawdzić maila, subskrypcje, przejrzeć poranną prasę i oczywiście wykąpać się, żeby nie jeść śniadania tak „na brudasa”.

No i wtedy postanowiłem zjeść kanapkę. Właściwie to kanapki jadam rzadko, wolę inne potrawy na śniadanie. Najczęściej bułki, które rozróżniam od kanapek, ze względu na ich przestrzenną specyfikę. Albo jajecznicę, omlet, jako na miękko, czasem na twardo a czasem sadzone, albo parówkę. Zawsze herbatę. No ale kanapki bardzo rzadko.

Czyli to już ustaliliśmy – zdecydowałem się na kanapkę. Wydawałoby się, że to wybór jak każdy inny, nie lepszy nie gorszy. No i sięgnąłem po chleb, po ser i pomidor, jeszcze majonez. I wtedy skończył się świat, naprawdę był armagedon. Nie żartuję.

Więc chyba jednak są takie sytuacje, z których nie da się wyjść w ogóle.